piątek, 21 grudnia 2012

Wrestling

Na początku grudnia w ramach zdobywania nowych przeżyć Brian zabrał mnie na galę wrestlingu.


Dla tych, którzy nie mają pojęcia o czym mówię:

Wrestling jest sportem rozrywkowym polegającym na walce umięśnionych facetów bądź kobiet na ringu. Należy do niebezpiecznych, mimo że opiera się na pozorowanej brutalności - wszytko zostaje z góry ustalone. Najbardziej popularnym jest w USA, Japonii, Kanadzie, Meksyku. Więcej zrozumiecie pewnie po zdjęciach.

Takie bydlaki też można było zobaczyć ; D
A panie też się bić potrafią.

Pierwszy raz zetknęłam się z tym określeniem oglądając film "Zapaśnik". Scena w nim przedstawiona należy do szczególnie brutalnych. Zapaśnicy, by zranić przeciwnika korzystają między innymi ze zszywacza czy krzesła. Show organizowane przez WWE (World Wrestling Entertainment) obywa się bez dodatkowych przyrządów okaleczających, czym byłam troszkę zawiedziona (nie, nie należę do rządnych krwi, jednak tak mnie owy film nastawił). Co mnie zdziwiło, najwyższą frekwencję miały rodziny z dziećmi i właśnie ci najmłodsi należeli do najlepszych kibiców.

Okazja, dla której WWE przybyli do Norfolk w okolicy Świąt Bożego Narodzenia nie należała do przypadkowych. Właśnie w naszym mieście odbyła się tym razem coroczna gala - Tribute to the Troops - organizowana na cześć żołnierzy wojsk amerykańskich. Dlatego też cała hala wypełniona była mundurami :)


Dodatkowo, dla urozmaicenia na scenie wystąpili Kid Rock,


którego na pewno kojarzycie z poniższego utworu


oraz Flo Rida


 ( tego nie muszę przedstawiać, ale dodam mój ulubiony kawałek :) )


Na koniec na ringu pojawił się uwielbiany przez wszystkich John Cena, który oczywiście wygrał walkę i wygłosił wielkie podziękowania dla żołnierzy.
Przystojny swoją drogą ;)
Dla mnie osobiście wrestling zostanie ciekawym sposobem na spędzenie czasu trochę inaczej. Nie mogę powiedzieć, że go pokochałam czy znienawidziłam. Jak każdy inny sport w moim przypadku świetnie jest oglądać, ale fanem nie mogłabym siebie nazwać, jednakże polecam się chociaż raz w życiu wybrać. Tak dla przekonania się, spróbowania czegoś innego i może poczucia ducha wrestlingu.

czwartek, 20 grudnia 2012

Questions about being au pair part 2

Odpowiedzi na pytania z komentarzy:

"Planujesz iść na studia po programie a jak tak to jakie ?"

Tak, planuję iść na studia po powrocie w lipcu przyszłego roku. Jako bazę studiową prawdopodobnie zdecyduję się na etnolingwistykę na UAM'ie w Poznaniu a poza tym zbieram fundusze na studium fotograficzne i zastanawiam się nad studium musicalowym, to jednak zależy na ile uda mi się rozwinąć teatralnie tutaj w USA, czy będę się czuła na siłach by wziąć udział w przesłuchaniu a jeśli nie to na pewno będę próbować rok później.

"I czy nie żałujesz, że pojechałaś?"

Nie żałuję, że pojechałam, choć stwierdzam, że mogłabym zrobić parę rzeczy inaczej. Gdybym jednak mogła cofnąć czas raczej niczego bym nie zmieniła, gdyż wierze, że to wszystko gdzieś prowadzi. Widocznie tak miało być. Wydawało mi się, że dam sobie w życiu ze wszystkim sama, że nie przywiązuję się tak mocno do ludzi. Narzekałam na Polskę i czekałam na przygodę w USA. A życie utarło mi nosa :) Teraz tęsknię, czuję się samotna, chcę do tej Polski, w której ludzie są gburowaci i nikt nie mówi mi co chwilę na ulicy "Hi! How are you?, gdzie wszyscy marudzą i więcej pada. Zrozumiałam też, że znalazłam ludzi naprawdę dla mnie wartościowych, zaczynam wiele doceniać. Chciałabym wsiąść w samolot i być już w domu, szczęśliwa, otoczona przyjaciółmi, mieć swoje życie, jednakże nie żałuję. Wierzę, że tego potrzebowałam.

"Co zyskałaś dzięki programowi?"


Właściwie pokrywa się to w większości z tym co już wyżej napisałam. A poza tym oczywiście nauczyłam się (naprawdę) swobodnie wypowiadać po angielsku, jak nigdy wcześniej. Przekonałam się, że nigdy nie będę należeć do fanów kultury amerykańskiej, której praktycznie nie ma. I że zdecydowanie nie chcę mieć dzieci w najbliższej przyszłości, właściwie w dalekiej przyszłości. Wszystko to już wcześniej wiedziałam, tylko się to utwierdziło. Ze spraw bardziej oczywistych: poznałam ludzi, "kulturę", zobaczyłam nowy kawałek świata.

"Jak to jest z imprezami?"

Oczywiście istnieją miejsca gdzie wpuszczają od 18 lat ale jest ich niewiele nie wyglądają one raczej jak prawdziwie kluby, jeśli kiedykolwiek byliście w normalnym klubie w większym mieście to nie oczekujcie tego samego tutaj. Wygląda to raczej jak bar, z przygrywającym DJ'em. W moim przypadku wygląda to tak, że raczej za bardzo mnie tam nie ciągnie, gdyż sam wygląd jest żałosny a muzyka nie dla mnie. Z moją host rodzinką nie mam problemów co to czasu powrotu do domu. Na samym początku dowiedziałam się, że  nie obowiązuje mnie żaden curfew. Rzadko kiedy mówię, o której wrócę, bo nie wiem. Zawsze jednak wiedzą gdzie idę i z kim, a że spędzam czas głównie z au pairkami i wojskowymi to się nikt nie martwi.

"Piszesz, że chciałabyś w Polsce pójść na studium musicalowe, ale zależy to od tego jak rozwiniesz się teatralnie w USA, czy oznacza to, że wybrałaś kurs z tym związany, by zdobyć tych 6 kredytów?"

Jako kursy kredytowane wybrałam podstawy rysunku i język francuski, z których póki co mam 4,4 kredytu, więc czeka mnie jeszcze jeden kurs na wiosnę. Jeszcze nie wiem na co się zdecyduję, gdyż czekam aż pojawi się nowy katalog. "Rozwój teatralny" odnosi się do szkółki teatralnej - Hurrah Players, do której planuję zapisać się w styczniu. Za dużo się po niej nie spodziewam, ale postaram się wyciągnąć z tego jak najwięcej i zdobyć umiejętności aktorskie, których najbardziej mi brakuje.

"Gdzie odbywałaś swoje praktyki opieki nad dziećmi?"

By zdobyć doświadczenie na papierku zaczęłam udzielać korepetycje, opiekować się maluchem Mike'a (native speakera z US), z którym miałam dodatkowe zajęcia z angielskiego oraz pomagać dzieciom w kościelnej świetlicy.


W miarę kolejnych komentarzy będę aktualizować tego posta :)

niedziela, 16 grudnia 2012

Questions about being au pair

Już prawie miesiąc temu dostałam maila od Anity, która zainteresowana jest wyjazdem jako au pair. Postanowiłam opublikować pytania przez nią zadane i moje odpowiedzi, gdyż wszystkie posty o atrakcjach czy ciekawostkach, które wrzucam nie oddają całkowicie tego jak tak naprawdę wygląda moje życie jako au pair w USA. Gdybyście mieli jakiekolwiek pytania, piszcie śmiało na maila (dodałam do opisu siebie) lub w komentarzach. Jeśli nie będą należeć do takich, na które odpowiedzi możecie spokojnie znaleźć na stronach biur, pomogę rozwiązać wątpliwości bądź nasycić Waszą ciekawość ;)


Od którego roku uczyłaś się angielskiego ?

Naukę angielskiego zaczęłam praktycznie w przedszkolu, czyli w sumie 13 lat. Gdyby nauczyciele przez te lata przekazywali wiedzę na dobrym poziomie, byłabym już mistrzem. Jednak nie miałam tego szczęścia a o lekcjach dodatkowych jakoś się wtedy nie myślało. Trochę nauczyłam się od mojego taty, który operuje wieloma językami. Widzę to zwłaszcza będąc tutaj, słysząc np. piosenki dla dzieci, które śpiewał mi, gdy byłam małym brzdącem. Jedynie w drugiej klasie liceum (dwa lata przed wyjazdem) zaczęłam chodzić na dodatkowe zajęcia z angielskiego z Native Speaker z ameryki imieniem Mike. Wtedy osłuchałam się z american English i zaczęłam się swobodniej wypowiadać.

Obawiałaś się tego wyjazdu (że sobie nie poradzisz z dziećmi lub z domownikami) ?

Oczywiście zastanawiałam się jak to będzie mieszkać w domu obcych ludzi, nie wstydzić się robić codziennych rzeczy jak np. chodzenie po domu w piżamie. Na szczęście moja host rodzinka nie ma przeważnie z niczym problemu, więc już po dwóch miesiącach czułam się tutaj jak u siebie. Najgorsze są pierwsze dni gdzie nie wiadomo, w którą stronę się ruszyć, co powiedzieć, jak pomóc, później jest już z górki. Co do dzieci, wiedziałam, że będzie mi ciężej dogadać się ze starszą (8 lat), gdyż nie mam za bardzo doświadczenia z dziećmi w tym wieku, poza moją siostrą, ale wiadomo, że z rodzeństwem ma się w takim wieku inne relacje. Moje obawy się sprawdziły, przez co opieka stała się trudniejsza, jednak zbyt dużych obowiązków w stosunku do Logan nie mam, więc jakoś sobie radzimy.

Jak Ci się podoba w Ameryce (czy miałaś plany zostać tam ,może nawet i na dużej, po zakończeniu programu, czy w ogóle wyobrażasz sobie życie w Ameryce na stałe) ?

Życia na stałe raczej sobie nie wyobrażałam i to się nie zmieniło. Chciałabym móc tutaj kiedyś wrócić i pomieszkać parę lat, pozwiedzać wszystko dookoła, jednak całego życia nie mogłabym spędzić w USA. Nadal szukam miejsca na świecie i na pewno będzie to poza granicami Polski, ale jeszcze go nie znalazłam. Co stanie się po zakończeniu tego roku jeszcze nie wiem. Myślę nad zostaniem na drugi rok choć ostatnio raczej bardziej jestem za powrotem. Nie mam pojęcia z jaką decyzją skończę w lipcu.

Czy miałaś chwile załamań będąc w Stanach Zjednoczonych ? 

Oczywiście, każdy ma, i to nie jedną. Praktycznie raz w miesiącu wypada taki dzień kiedy się tęskni i czuje się samotnym, tak przynajmniej jest w moim wypadku. Z tęsknoty za rodziną aż tak bardzo nie cierpię, bo wiem, że oni zawsze będą w tym samym miejscu i w każdej chwili mogłabym wrócić do tego co było przed wyjazdem, nic nie tracąc. Mieszkałam już 3 lata poza domem, więc jestem raczej przyzwyczajona do bycia daleko "od mamy". Najciężej jest z przyjaciółmi. Dopiero tutaj przekonałam się jak wielką rolę odgrywają w moim życiu i jak bardzo ważne jest dla mnie ich wsparcie. Brakuje mi również swojego własnego miejsca, niezależności, alkoholu, imprez, mojego kota, psa, królika, darcia się na siostrę, wsiadania do nocnego autobusu, by nocować u najlepszej przyjaciółki. Można by wymieniać bez końca... Chyba zrobię o tym osobny post z listą, by wiedzieć za co się zabrać po powrocie ;)

Czy biegle rozmawiasz po angielsku czy układanie zdań sprawia Ci trudność ?

Po pięciu miesiącach bycia tutaj nie mam już raczej problemów. Wypowiadam się swobodnie a jeśli nie znam lub nie pamiętam jakiegoś słowa po prostu zastępuję je innym lub pytam jak nazwać to czy tamto. Jedyne co chciałabym poprawić to akcent i wymowa. Zdarza mi się powiedzieć/przeczytać coś zupełnie inaczej i chciałabym odkryć wszystkie słowa, które w mojej głowie siedzą pod innym brzmieniem.

Czy poznałaś tam znajomych, przyjaciół, osoby ,które są bardzo ważne dla Ciebie do dziś ?

Ciężko mi jeszcze ludzi, których znam jedynie 5 miesięcy nazwać przyjaciółmi, ale niewątpliwie znalazłam osoby dla mnie ważne. Zbyt dużo znajomości nie udało mi się tutaj (jeszcze?) nawiązać. Mam kilku znajomych, jednak nie wydaję mi się, by po powrocie coś z tego pozostało.

Czy również Ty tak w młodym wieku jak ja (16 lat) postanowiłaś ,że kiedyś wyjedziesz jako au pair ?

O byciu au pair zaczęłam myśleć w pierwszej klasie liceum i bardzo byłam tym wtedy podekscytowana. Przeryłam forum, zaczęłam czytać blogi i napomknęłam o tym mojej mamie (z tego co pamiętam). Niestety musiałam dać sobie na jakiś czas spokój, bo kto wie co wydarzy się za następne dwa lata. Odcięłam się troszkę od tego, choć pomysł cały czas był w mojej głowie. W połowie drugiej klasy zaczęłam przyzwyczajać do mojego wyjazdu resztę rodziny a na początku trzeciej wszyscy znali już mój plan. W odpowiedzi na pytanie: Tak, też zaczęłam o tym wtedy myśleć.

Czy bywają sytuację ,że czegoś nie rozumiesz? (co w takiej sytuacji robisz) ?

Pewnie, że zdarza się, że czegoś nie rozumiem. Czuję się jak idiota jak to do mnie dochodzi :P Zazwyczaj proszę, żeby powtórzyć a jak ktoś mnie o coś pyta np. w sklepie i nawet za drugim razem nie czaję to mówię "nie" i mam święty spokój :) Ze znajomymi/rodzinką jest łatwiej bo można bez problemu zapytać co coś znaczy i spokojnie wytłumaczą.

Jak wygląda tam z prawo-jazdy ?

Zdawanie prawo jazdy różni się trochę w każdym stanie. Nie pamiętam dokładnie jak długo można jeździć na polskim czy też międzynarodowym, które wyrabiamy jeszcze w Polsce, lecz kiedy ten czas upłynie trzeba zdawać jeszcze raz by otrzymać stanowe amerykańskie prawo jazdy. Polecam zajrzeć na forum, można tam znaleźć więcej info.

Czy radzisz sobie z opieką nad dziećmi, i nie sprawia Ci to najmniejszego problemu ?

Nie jestem ideałem, więc oczywiście opieka nad dziećmi sprawia mi czasem problemy. Najcięższa jest cierpliwość, której po już 5 miesiącach tutaj zaczyna mi brakować. Z Gavinem, który ma dwa lata nie ma większych problemów wychowawczych. Ze starszą jest już ciężej, bo to chce mieć swoje zdanie, to nie słyszy bądź nie słucha, to myśli, że jest najmądrzejsza na świecie. Nie mam z nią wspólnego języka, ale na szczęście zakres moich obowiązków w stosunku do niej ogranicza się w gruncie rzeczy do zaprowadzania do szkoły.

Jak spędzasz czas z dziećmi czy twoja ingerencja jest dowolna, czy masz ułożony plan zajęć ?

Większość zależy ode mnie, oprócz oczywiście czasu odprowadzenia do szkoły i odebrania. Reszta dnia, którą spędzam jedynie z Gavinem zależy jedynie ode mnie. Ostatnio zaczęliśmy chodzić trzy razy w tygodniu na zajęcia w bibliotece, na których maluchy śpiewają piosenki, czytają książeczki itp.

Jeżeli chodzi o posiłki, wiesz co gotować, nie sprawia Ci problemu gotowanie ?

Większość posiłków składa się z podstawowych rzeczy jak kanapki, płatki śniadaniowe, owoce, warzywa, Jeśli chodzi o dania to wszystko można znaleźć gotowe zamrożone. My jadamy raczej zdrowo a obiad zazwyczaj robi Lina lub nie gotujemy go wcale, bo któraś z nas już zjadła większy posiłek a dla dzieci zawsze znajdzie się coś na szybko. Rolę kuchmistrza odgrywam niezbyt często, zazwyczaj jak najdzie mnie na zrobienie czegoś polskiego a wiadomo, że z przygotowaniem naszych domowych potraw nie mam problemu.

Czy nie miałaś problemu z nastawieniem się na czas Amerykański (ile się orientuje to jest to 6 godzinne opóźnienie, niżeli w Polsce) ?

Najgorsze jest szkolenie w NY, co pewnie każda au pair bez chwili zawahania potwierdzi. Większość dopada tzw. jet lag (zespół nagłej zmiany strefy czasowej) co objawia się zazwyczaj silnym zmęczeniem, bólem głowy, brakiem koncentracji. Tak było też w moim przypadku, jak tylko dotarłam do hotelu wzięłam prysznic i poszłam spać. Z zaśnięciem nie było najmniejszego problemu, odleciałam po dwóch sekundach. Po około tygodniu wszystko się unormuje.

piątek, 14 grudnia 2012

Shooting the gun

Większe łuski po 9mm i mniejsze po dwudziestce dwójce.
Któregoś dnia wspomniałam, że jedną z rzeczy, których nigdy nie próbowałam a chcę w życiu zrobić jest strzelanie z pistoletu. Brian podłapał pomysł i zabrał mnie niedawnego niedzielnego popołudnia na strzelnicę. Wręczono mi piękną dwudziestkę dwójkę, naboje, okulary i ochraniacze na uszy i postawiono na tor nr. 2. Host powiesił pierwszą z tarczy celowniczy, wyjaśnił obsługę pistoletu i zaczęła się moja przygoda...
Lara Croft.

Otrzymałam wyrazy uznania od członka Navy, co mnie oczywiście podbudowało. Później miałam nawet okazję spróbować strzału z 9 mm, który jest pistoletem najczęściej używanym do ćwiczenia dla wojska. Cięższy do utrzymania i wycelowania dla mnie, a i oczywiście odrzut był większy. Wygodniejsza była zdecydowanie dwudziestka dwójka, którą od teraz mogę nazwać moim typem.


Sporo się tych nabojów uzbierało, więc naprawdę miałam okazję nacieszyć się strzelaniem. Druga tarcza wisiała już na samym końcu, więc dziury po wystrzałach były już bardziej rozrzucone, niemniej jednak wszystkie znajdowały się na kartce z czego jestem dumna. Ostatecznie stwierdzam, że urodziłam się by strzelać... jakkolwiek źle by to nie brzmiało ;)


wtorek, 4 grudnia 2012

First american hockey game

W piątek 16. listopada trafiła się wyjątkowa okazja, gdy miałyśmy z Liną wieczór dla siebie. Zależało mi na zrobieniu czegoś bardziej wyjątkowego niż zwykła kolacja na mieście, więc przebierając w pomysłach, które zaczynały się od pójścia do restauracji a kończyły na jeździe samochodem do nikąd, w końcu zdecydowałyśmy wybrać się na mecz hockeya. Minęło już trochę czasu od kiedy moja host mom była na nim po raz ostatni, więc idealnie nam to pasowało. Niby prosta rzecz jednak dla mnie małe przeżycie. Jak się ostatnio dowiedziałam w Polsce również mamy wiele drużyn hockeyowych, wstyd przyznać, ale nie wiedziałam o tym, co jedynie udowadnia że nie mam ze sportem nic wspólnego :)
Mecz toczył się pomiędzy Admirals (Norfolk) a Falcons (Springfielg - tak mi się przynajmniej wydaje).
Hokeiści na karnym jeżyku. W takich bokach gracze odbywają swój "time out" za niestosowne zachowanie :)

Ostatecznie przegraliśmy a mecz nie należał do zbyt brutalnych, najważniejsze jednak, że oficjalnie zaliczyłam pierwszy mecz hockeya!

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Black Friday

Dzień a właściwie w nocy z czwartku (święta Dziękczynienia) na piątek zaczyna się słynny w Ameryce:
Czarny Piątek.
W zasadzie opiera się on o ogrom ludzi czekających przed marketami w środku nocy, szał zakupowy gdy już dostaną się wewnątrz, kilometrowe kolejki do kas i ogólny chaos. A to wszystko tylko dlatego, iż tej nocy wszystkie sklepy ogłaszają największe przeceny roku. W ekskluzywnych sklepach można natrafić na wyjątkowe kąski a sprzęt AGD i RTV kupić za połowę ceny. Co by doświadczyć kolejnego typowo amerykańskiego wydarzenia wybrałam się razem z Sophie o północy do wielkiego centrum handlowego w Virginia Beach pod tytułem "Lynnhaven Mall". Dojechałyśmy na miejsce parę minut przed dwunastą i grzecznie idąc na koniec kolejki nie obyło się bez usłyszenia zgryźliwych komentarzy z ust tych, które pewnie stali tam od godzin. Nastawiłyśmy się na walkę o części garderoby, która jednak wcale nie była konieczna. Market jest tak duży że cała masa ludzi po prostu jakoś się rozeszła a ruch był taki sam jak w sobotnie popołudnie. Ostatecznie odwiedziłyśmy tylko kilka sklepów, które można by zliczyć na palcach jednej ręki. Sophie kupiła jakiś ciuch, skarpetki i buty w American Eagle Outfitters a ja zakończyłam noc z pustymi rękoma. Nic nie wydało się niestety warte czekania ponad godzinę w kolejce. Jak widać nie poczułam szału jaki dało zauważyć się u innych. Noc może nie została zmarnowana, gdyż przynajmniej doświadczyłam czegoś innego, jednak za udane tych zakupów uważać nie mogę.


czwartek, 22 listopada 2012

Thanksgiving

Właśnie obchodzimy Święto Dziękczynienia. 

Najmniejszy indyk w sklepie.
W mojej tutejszej rodzince wypadło ono dosyć skromnie, gdyż spędzamy je jedynie w naszym gronie. Na stole mimo wszystko znalazło się o wiele za dużo niż bylibyśmy w stanie zjeść. Oczywiście daniem głównym był indyk wagi lekkiej - 4,3 kg. Najmniejszy jaki dało się znaleźć. Oprócz tego miejsce na stole zajęły duszone ziemniaki, nadzienie z indyka (zrobione z grzanek, selera i cebuli), sos żurawinowy, biscuits (bułeczki biszkoptowe) i yams (słodkie ziemniaki). Może nie wydaje się to dużo ale jak na pięcioosobową rodzinkę, złożoną z trójki dorosłych i dwójki dzieci, które nie jedzą prawie nic, to dużo. Na deser czeka na nas ciasto orzechowe i dyniowe. Póki co dzieci z Brianem poszły na spacer spalić kalorie a reszta leży na kanapie, pozwalając sobie i żołądkom odpocząć :) To tyle z krótkiego sprawozdania. 
Życzymy wszystkim: 
HAPPY THANKSGIVING !!


środa, 21 listopada 2012

Halloween

31 października obchodziliśmy Halloween. Według mnie - święto dzieci. Przebrania, cukierki, dekoracje. Radość niezmierna nawet dla takiej starej krowy jak ja! Kolejny raz doceniłam fakt posiadania pod moją opieką dwulatka. Tym razem bardzo dobrze służył jako przykrywka pt. "zbieramy cukierki razem" :) Choć Gavin radził sobie świetnie chodząc od drzwi do drzwi ktoś jednak musiał pomóc mu zjeść te wszystkie słodycze. Przecież gdzie by się one zmieściły w takim małym ciałku ? Stety niestety padło na mnie i nie powiem, żebym specjalnie narzekała. Udało mi się spróbować większości amerykańskich słodyczy bez wydawania kasy. Przy okazji mogłam jeszcze bardziej podbudować obraz mnie jako super au pair, która się przebiera i lata z dzieciakami. Jednym słowem wszyscy byli szczęśliwi.

Cyganka i diabełek :)
Z perspektywy osoby, która przeżywała Halloween po raz pierwszy w życiu, zawiodłam się na dekoracjach. Z opisów i zdjęć innych au pairek spodziewałam się super dekoracji w większości domów jednak w naszym sąsiedztwie znalazłam tylko dwa naprawdę udekorowane. Sami też prawie nic na to święto nie przygotowaliśmy. Logan próbowała stworzyć pajęczynę na krzakach przed wejściem, która ostatecznie wyglądała jak śmieci i z każdym dniem czekałam aż przeżyjemy Halloween żeby móc to wyrzucić. Nawet dyni w tym roku nie drylowałam, bo miałam zajęcia. Jak tak teraz patrzę to trochę przykro to wygląda, bo poza radością ze zbierania słodyczy, jedzenia ich i oglądania dzieciaków w przebraniach, za bardzo po amerykańsku Halloween nie przeżyłam. Było minęło... Może jeśli zostanę tu na drugi rok uda mi się to nadrobić, ale to już inny temat.
Podsumowując, kilogramów przybyło, ale grunt, że jest RADOŚĆ :)


Najlepszy halloweenowy dom ever!
Dynia Jessici.
PS. Nagroda za najlepsze przebranie wędruje do...
PSA przebranego za HOT DOGA !!!
Myślałam, że się posikam :D hahahahaha

poniedziałek, 5 listopada 2012

Hurricane Sandy

Obwieszczam oficjalnie, że przetrwałam!
Woohoo!
Przez media wszyscy moi znajomi i rodzina wyobrażali sobie najgorsze. Dziękuję za troskę! ;* Jednak całkowicie nie było się o co martwić. W naszej okolicy huragan przeszedł spokojnie i jedynym problemem były zalane ulice, co swoją drogą zdarza się przy każdej większej ulewie. Tak więc lało i wiało przez 3 dni jednak już we wtorek wszystko wróciło z dnia na dzień do normy.  Prąd mieliśmy, woda była, jedzenia tyle, że przetrwalibyśmy z miesiąc. Najgorsza w tym wszystkim była jedynie nuda. Nigdzie nie było możliwości dojazdu, więc wszystko było pozamykane. W sobotę Frauke (au pair z Niemiec) udało się jeszcze dojechać do mojego domu, więc choć w małej części udało się ten huraganowy weekend ciekawiej spędzić. Przez całą niedzielę i poniedziałek siedzieliśmy z moją rodzinką w  domu, nuda wychodziła nam uszami. Nasze zajęcia można było ograniczyć do oglądania TV, jedzenia (swoją drogą nieźle opróżniliśmy lodówkę przez ten czas) i wychodzenia na spacer.
Tak, wychodzenia.
Tak, na spacer.
Tak, na zewnątrz.
Mała ciekawostka z USA:
Kiedy najwięcej ludzi wychodzi z domu na spacer ?
TAK ! Podczas huraganu!
Nawet jedni spasieni sąsiedzi, których nigdy nie widzę poza werandą, zdecydowali się ruszyć. Wszyscy byli tak ciekawi jak bardzo zalało okolicę.
Dla nas frajdą było wyjście z domu a Gavin mógł się w końcu cały taplać w kałużach. Bez najmniejszego słowa zakazu.

 Krótko mówiąc nie taki huragan straszny jak go malują, choć oczywiście nie wszyscy mieli tyle szczęścia.

piątek, 12 października 2012

Host Families and Au Pair meeting

Raz w roku, co by każda nowa przybyła osóbka miała okazję to przeżyć, odbywa się spotkanie host rodzinek i au pairek. W naszym regionie zazwyczaj ma ono miejsce na farmie, ku radości najmłodszych, bo w końcu to oni są tym co łączy dwa światy - rodziców i nanie.

W tym roku datą wyznaczoną na to wyjątkowe wydarzenie był 7. października. Z perspektywy "nowej" cały ten pomysł brzmi świetnie i budzi kilka oczekiwań. Nie mam pojęcia jak to wygląda w innych rejonach, jednak mogę powiedzieć, że przyjeżdżając tutaj nie spodziewałabym się zbyt wiele ;) Owszem, można spotkać i poznać inne rodzinki, au pairki, poobserwować trochę jakie są ich relacje, jednak parwda jest taka, że (jak zwykle) każdy trzyma się we własnym gronie. Dla mnie osobiście fajnie było wyjść gdzieś z moją rodzinką, zobaczyć uśmiech od ucha do ucha na twarzy młodej, kiedy siedziała zapatrzona w kucyki, śmiać się z małego próbującego złapać kurczaki.


Cały nasz wspólnie spędzony czas należał do ciekawych, jednak tak naprawdę na farmę moglibyśmy przyjechać kiedykolwiek i jakoś sobie wszystko zorganizować a według mnie na takim spotkaniu ciekawie byłoby usłyszeć podejście innych host rodzinek. W każdym razie wszyscy przyszli, przywitali się z koordynatorką, wybrali sprezentowaną dynię, zjedli kanapki i rozeszli się w swoje strony. Nie wiem czy to ze mną czy z wszystkimi jest coś nie tak, że mamy 18 au pairek w okolicy a znam się z trzema. Nie chcę Was (przyszłe au pair) zasmucać, ale myślę, że przyjeżdżając tutaj trzeba się nastawić, że jednak ciężko jest znaleźć kogoś kto stanie się Waszym dobrym znajomym/przyjacielem. Z pewnością musicie mieć otwarte podejście i przełamywać nieśmiałość (co jest chyba troszkę moim problemem). Mówi się, że amerykanie są otwarci i na pewno pełno ludzi zagada idąc ulicą - Tak, ktoś na pewno zagada, jednak przez większość dnia ludzie widzą nas idąc z dzieckiem/dziećmi i jedyne o co mogą zapytać to właśnie o maluchy. Co gorsze, w głowach większości jesteśmy mamami, więc nie liczyłabym na poznanie np. jakiegoś przystojniaka :P Popołudniami, po całym dniu opiekowania i uganiania się za dziećmi jest się raczej zmęczonym, więc jedyny czas na wyjście, zaszalenie i jedyna okazja na poznanie nowych ludzi jest w weekend. 
Tak więc, jako doświadczona już troszkę au pairka daję 
RADĘ NR. 1
Korzystajcie z Waszego wolnego czasu w weekendy, ruszajcie dupki i wychodźcie na zewnątrz - do ludzi! 
Otwierajcie dzióbki i nawet jeśli Wasz angielski nie jest perfekcyjny zagadujcie! O cokolwiek, o głupoty, bo otwartość amerykanów (jak dla mnie) polega na tym, że o nic Was nie skrytykują, głupio nie spojrzą i na pewno coś odpowiedzą :)

I tak to właśnie z głupiego spotkania naszło mnie na głębsze przemyślenia :D

Przełamałam się nawet do złapania kurczaka!
O dziwo w jednej z tych zagród razem z kurczakami mieszkał żółw :O
Dynie dwie
Dziękuję za uwagę, dobranoc! :D

poniedziałek, 8 października 2012

Naro cinema - Beast of the Southern Wild

Pewnego weekendowego wieczora wybrałyśmy się z Jessicą do kina. Jednak nie do typowego multiplexu tylko dawnego, starego, typowo amerykańskiego kina - NARO, gdzie dziennie do wyboru są jedynie dwa filmy.


Tego dnia wybrałyśmy 
Bestie z południowych krain.
reż. - Benh Zeitlin 
Dramat rozgrywa się na bliżej nieokreślonym terenie zalanym przez powódź, gdzie garstka ludzi, którzy nie chcieli opuscić własnej ziemi uczy się żyć na nowo. Historia opowiadana jest przez małą dziewczynkę - Hushpuppy - która posiada wyjątkowy kontakt ze światem natury. Traktowana surowo przez ojca wkracza w dorosłość gromadząc w sobie siłe do przetrwania i mądrość, które przeciwstawi nadchodzącemu niebezpieczeństwu - obudzonym z wieloletniego snu bestii.
Film należy do nietypowych i pełnych ukrytego sensu. Zdecydowanie nie dla osób oczekujących czegoś miłego i łatwego. Wiele scen przedstawionych zachęca do zatrzymania się i przemyślenia. Niezależność, która dla grupy ludzi jest ważniejsza niż wszystko inne wywarła na mnie największe wrażenie. Ocaleni gardzą pomocą ludzi "z zewnątrz", którzy mogliby znacznie poprawić poziom ich życia. Celem istnienia jest dla nich duma z własnej kultury, ziemi, by dzieki temu stać się lepszym niż cywilizowani ludzie przywiązani ślepym regułom. Pięknie przedstawione za pomocą metaforycznych i wzruszających scen. Polecam obejrzeć :)

środa, 3 października 2012

Disney downtown

Ostatniego dnia naszego tripu, po porannym pływaniu i kąpieli słonecznej, pojechaliśmy do Disney downtown, które jest częścią Disney World'u otwartą dla turystów. Opiera się na uliczce ze sklepikami, restauracjami, barami itp. Za długa ta uliczka nie jest, ale to zawsze coś, żeby spędzić ciekawie czas.


Najbardziej zaskakującym miejscem była restauracja T-REX, do której wybraliśmy się na obiad. W środku otaczały nas ruszające się dinozaury i ich odgłosy. W jedzeniu nie było nic nadzwyczajnego, jednak klimat nie do podrobienia. Super atrakcja dla dzieciaków, zwłaszcza tych zafascynowanych dinozaurami (Jak moi bracia, których mi tam strasznie brakowało :( Mam nadzieję, że kiedyś ich zabiorę w takie miejsce, bo wiem, że byliby zachwyceni.).





No może nie tylko dinozaury :P



Tak to wyglądało: 

A po obiadku...
Harley! Hu-hu!

Może średnio widać na zdjęciu, ale złapała nas strasznie gwałtowna ulewa
Jabłka w czekoladzie/karmelu/cukierkach itp. Moje niebo :D
Więc nie ma nic zaskakującego w fakcie, że sobie jedno kupiłam :)
Caramel apple! <3 Mmm
Może gryza Panie Disney ? :)
Cuda z klocków lego :)

sobota, 15 września 2012

Seaworld

Drugim parkiem rozrywki, który odwiedziliśmy był Sea World. Oprócz show ze zwierzętami i aquariów znajdują się tam rollercostery, karuzele i inne atrakcje. Jako pierwsze wybraliśmy karmienie delfinów, w których Logan, oczywiście, jest zakochana. Jak dla mnie było ciekawe, ale nie jakoś specjalnie zachwycająco.


Rollercostery to to co zrobiło na mnie wrażenie! Było to moje pierwsze starcie z takimi prawdziwymi, amerykańskimi, więc kiedy już usiadłam z Brianem czekając na start, byłam przerażona :D
Tylko taka początkowa panika...
To znaczy, oczywiście później też się mega bałam, ale to już było w pozytywnym sensie. Wydawało mi się, że najgorzej będzie wisieć do góry nogami, jednak najbardziej przerażające było spadanie w dół. O Boże, ta niemoc i uczucie, że zaraz się roztrzaskamy... darłam się jak głupia!
... do połowy spadania, kiedy to brakowało mi tchu :P
W każdym razie przeżyłam! I całkowicie mnie to wciągnęło!
Ja chce jeszcze raaaaz !! 

Podziwiam Logan, która był zachwycona
zlotem w dół wypełniony wodą.

Choć nasza ośmiolatka należy do odważnych, myślę, że dobrze, że nie była wystarczająco wysoka, żeby pojeździć na poniższych dwóch :)

Kraken. No puking allowed!

Manta. Na tym akurat cały czas wisiało się
do góry  nogami  :)

Rock stars ! :D

Jakieś wielkie stwory. 
Nie pamiętam co to było, ale były ogromne!




W "Szczękach". Tum-tum tum-tum...

Z lwem morskim.


No i moja piękna opalenizna na koniec dnia :)